budzet zakupowy
























Czasami mam wrażenie, że wszystko to, co publikuję na blogu jest takie płytkie i wygląda zupełnie nie tak, jakbym sobie tego życzyła. Chyba lepsza byłaby ze mnie vlogerka niż blogerka i muszę się nad tym mocno zastanowić ;) Mniejsza od oczekiwanej satysfakcja z publikowanych treści skutkuje tym, że pojawiam się tutaj dość rzadko, odwlekam publikacje postów do momentu, w którym okaże się, że coś podobnego można przeczytać na wielu, nawet polskich, blogach. Nie przepadam za półśrodkami, dlatego czasami trochę mnie denerwują deklaracje typu: "jestem minimalistką - minimalizm każdy rozumie na swój sposób, patrz - wyrzucam dwie sukienki i jedną parę butów". Dla mnie zdecydowana większość blogerek "minimalistycznych" jest po prostu racjonalistkami. 

Nigdy nie narzucałam sobie ograniczeń ilościowych, po prostu wiem, że nie potrzebuję wiele - czuję satysfakcję nosząc ciągle to samo. Moje nawyki zaczynają mi przypominać zachowanie mężczyzn, przynajmniej niektórych, a ośmieliłabym się nawet napisać, że większości. Nie chciałabym, żeby ktoś mi w tym miejscu zarzucił spłaszczanie idei minimalizmu do przedmiotów - po prostu tytuł wpisu zobowiązuje ;)

A więc budżet zakupowy. Chcę napisać na ten temat przed planowanym wpisem o zakupach (wiem, wiem - nuda, wszyscy już o tym pisali i każdy to samo). Przecież zakupy wiążą się z posiadaniem na nie określonego budżetu. Jestem tą szczęściarą, która nie czuje częstej potrzeby kupowania nowych rzeczy. Tak więc zwykle wymieniam tylko zużyte egzemplarze. 

Staram się planować swoje zakupy - tak nieoficjalnie, nie ma niczego na piśmie - dzięki czemu wiem, jaka suma pieniędzy może być mi potrzebna. Wraz z końcem zimy podjęłam decyzję o zakupie nowego płaszcza - tym razem ma być ciepły (!), porządny, sięgający do kolan. Ponieważ zbliżają się ciepłe miesiące, mam sporo czasu na doprecyzowanie czego tak naprawdę potrzebuję. Po wstępnym zapoznaniu się z tematem wiem, że koszt porządnego płaszcza to ok. 1000 zł - mam więc czas na bezwyrzeczeniowe zgromadzenie tej kwoty. 

Wiele osób oszczędzając na jakiś cel stara się odkładać nadwyżki. Często można też spotkać poradę mówiącą, żeby gromadzić drobne kwoty - np. odmówić sobie batonika i wrzucić do skarbonki te kilka złotych. Ja przyjęłam jeszcze inną strategię: co miesiąc przeznaczam pewną stałą kwotę na swój cel. Na potrzeby przykładu niech to będzie 100 zł. Następnie od tej kwoty, w trakcie miesiąca, odejmuję swoje chwilowe słabości. Np. zakup jakiegoś wcale niepotrzebnego kosmetyku. Pod koniec miesiąca pozostała (jeśli pozostała) kwota trafia na cel płaszczowy. Oczywiście nie chodzi o to, żeby czegoś sobie odmawiać - mam doskonałą świadomość tego, co jest mi potrzebne, sprawia prawdziwą przyjemność, a nie tylko pozorną, a co jest zwykłą zachcianką. W moim przypadku metoda świetnie się sprawdza - dzięki niej mam dwie korzyści: nie kupuję niepotrzebnych rzeczy i osiągam swój cel zakupowy - właściwie bez żadnych wyrzeczeń. Tak naprawdę - trzymając się już tej samej kwoty - 100 zł to jakieś 20 batoników, magazyn (chociaż ja i tak ich nie kupuję), żel pod prysznic o dziwnym zapachu, przed którego pojawieniem się moje życie i tak wyglądało lepiej.

Patrząc teraz na to, co napisałam i jak miejscami odbiegam od tematu widzę, że rzeczywiście mam chyba ogromny potencjał do zostania vlogerką ;) - naprawdę przemawia do mnie ta bardziej swobodna forma.

Komentarze

  1. vlog to swietny pomysl, bardzo chetnie bym ogladala!
    Pozdrawiam
    Favianna ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty